Liczą się te piękne chwile

Dodany przez:     Tagi:      Data dod.:  25 czerwca, 2008  |  Brak koment.


25 czerwca, 2008


Z Dominiką Gawędą oraz Pawłem Rurakiem-Sokalem z zespołu Blue Cafe rozmawia Adam Dobrzyński
Adam Dobrzyński: Obchodzicie dziesięciolecie swojego istnienia. Zwykle, gdy zespoły obchodzą okrągłe rocznice, przygotowują dla swoich fanów zestawy z serii „The best of” . Wy jednak przedstawiliście swoim fanom całkiem premierowy materiał. Czy to jest dobre posunięcie?
Paweł Rurak-Sokal: Czas pokaże. Ja jestem szczęśliwy, że wszystko dzieje się w swoim miejscu i o swoim czasie. Że dotrwaliśmy do tej dziesiątki. Myślę, że dalsza współpraca będzie bardzo owocna, ponieważ spotkaliśmy się z Dominiką we właściwym momencie naszego życia. Ta najnowsza płyta jest wyjątkowo dobrze poukładana, a wszystkie kompozycje stanowią pewną całość. To jest troszeczkę inne Blue Cafe, które kiedyś było kojarzone często z muzyką taneczną. Tak jest do dziś, ale już tylko na koncertach. W życiu każdego z nas przychodzi pewien moment, gdy zadajemy sobie pytania: „po co”, „dlaczego”. Zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystko za bardzo pędzi do przodu. Cyfrowość jest obecna w każdej sferze życia, a ja jestem analogowy. Staram się dostrzegać, co jest wokół nas, by nie uronić tych najpiękniejszych momentów. Trzeba umieć je dostrzec. Postanowiłem, że najnowsza płyta będzie taką chwilą refleksji, chwilą wysp szczęśliwych, i myślę, że to nam się udało.

A.D.: Te zmiany nastąpiły nie tylko w sferze muzycznej, odeszliście również od dużego labela, jakim jest Pomaton EMI, na rzecz niezależnego QL Music. Dlaczego?
P.R.-S.: To jest kolejne doświadczenie. Byliśmy w dużej firmie i można powiedzieć, że odnieśliśmy tam ogromny sukces komercyjny. Teraz chcieliśmy spróbować swoich sił w małej firmie, która jest ezoteryczna, ale za to jest w niej bezpośredni kontakt ze wszystkimi, którzy w niej
pracują. Nie ma hermetyczności, nie ma pewnych niuansów wpływających na atmosferę, powiedzmy, mniej rodzinną. To jest niesamowite doświadczenie, prawie takie samo jak wtedy, gdy grasz koncerty unplugged i widzisz z bliska człowieka, który płacze lub się uśmiecha; masz go metr od siebie. Myślę, że małe nie znaczy gorsze. Małe labele i na świecie, i ostatnio w Pol-sce mają dużą siłę przebicia. Zaryzykujmy.

A.D.: „Four seasons” to płyta dedykowana „Wszystkim kobietom, które kochają i chcą być kochane”. Tak, Pawle, napisałeś na okładce płyty. Czy możemy więc w przypadku tego materiału mówić o pewnego rodzaju concept albumie?
P.R.-S.: Wiesz, ja tak sobie pomyślałem, że dziś faceci stają się coraz słabsi. Owszem, mają swoje wielkie ambicje i przywdziewają w stosownych momentach odpowiednie maski, a jednak gdzieś tam to kobiety zaczynają mieć nad nami przewagę. To właśnie one dziś lepiej potrafią okazywać swoje uczucia, emocje, pragnienia.
D.G.: Tak, ja też chciałam to podkreślić w swoich tekstach. Na przykład we „Freedom” dotykającym siły kobiecej, który to song zadedykowałam Fridzie Kahlo, i w „Four seasons”,
w którym – co Paweł często powtarza – jest mowa o kobiecie, która nosi w sobie krzyk wszystkich kobiet świata. Trzeba tego posłuchać. Utwór „Girl in red” opowiada o dziewczynie, która wygrała milion dolarów, ale tak naprawdę przegrała swoje życie. Owszem, żyła na pewnym poziomie, ale nie zastanawiając się nad tym, co robi, szła przez życie bardzo pusta, emocjonalnie zaniedbana. Wszystko kończy się niezbyt dobrze. Ten tekst jest przestrogą dla ludzi, nie tylko młodych. Jest przestrogą
dla wszystkich.
P.R.-S.: Ja jeszcze ten wątek rozjaśnię. To nie jest szowinizm, lecz dowód, że mężczyźni też szukają pomocy, choć na co dzień udają bardzo silnych. Wrażliwość i emocje też mają dla nas wielkie znaczenie.

A.D.: Jesteście artystami, którzy w swoją twórczość potrafią wtłoczyć swoje prywatne pozasceniczne doświadczenia. Ale jacy jesteście poza tym blichtrem, całym medialnym zgiełkiem, gdy zdejmiecie tzw. sceniczną maskę?
D.G.: Ładnie powiedziane… Jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy wypoczywają, regenerują się, by móc z radością powrócić na scenę. My dosyć barwnie się regenerujemy, bo oboje uprawiamy kung-fu.
P.R.-S.: My z Dominiką najlepiej regenerujemy się, gdy pracujemy. Muszę powiedzieć, że dla mnie scena, koncert jest jak msza. Powiedziałem kiedyś, że jeśli ja czy ktoś z zespołu wyjdzie na scenę tylko po to, by zarabiać pieniądze, to skończę z tym, bo to wówczas traci cały sens. Jeżeli to jest pasja, coś, co się kocha, to zawsze będzie prawdziwe. Myślę, że koncerty Blue Cafe mają siłę dzięki temu, że są prawdziwe.

 

To drugi album Blue Cafe z następczynią Tatiany Okupnik
– Dominiką Gawędą. Drugi i w jej wyko-naniu lepszy oraz dojrzalszy od „Ovosho”. Globalny sukces na polskich listach przebojów już raczej niemożliwy, jednak „Four seasons” przynosi rzadki na polskim rynku zestaw naprawdę pięknej i przebojowej muzyki.
QL Music

 



O autorze







Chcesz skomentować?